środa, 27 stycznia 2016

Poproszę kaczkę.




Gość odwiedzający restaurację przegląda kartę i z uwagą (większą lub mniejszą) studiuje nazwy dań. Natrafiając na bardziej niezrozumiałe słowa sięga po swojego iphona, wcześniej pytając obsługę o hasło do WiFi, i zręcznym ruchem przeszukuje wyszukiwarkę. Gatunek ludzki, mimo iż stworzony został do życia stadnego, wykazuje się niesamowitą samodzielnością. Niejednokrotnie jest to nawet ujmujące kiedy stojąc za barem napotykasz obcą dłoń poszukującą raz serwetki, raz wykałaczki. Po kilku minutach pojawia się Pan Nocy i Dnia, potocznie nazywany kelnerem, Gość już wie, że odwrotu nie będzie. Musi podjąć decyzję. Zazwyczaj jest to kilkuminutowy monolog Gościa orzekającego co i w jaki sposób ma zostać mu podane. Żyjąc w szeroko rozumianych "usługach", kelnerowi jest to zdecydowanie na rękę. Kelner też człowiek - odzywać się nie lubi. Istnieją odstępstwa od tej reguły, które są jednym z aspektów definiujących DOBRĄ restaurację. Sama przywykłam mówić, idąc do stolika, "porozmawiam sobie z Gośćmi". Pięć minut niewymuszonej konwersacji na temat jedzenia sprawia, że Pan Nocy i Dnia widzi sens swojej pracy, czuje się doceniony, a Gość zostaje odpowiednio zaznajomiony z tym co zostanie mu przedstawione na talerzu. Po zebraniu zamówienia następuje oczekiwanie. Napoje idą na pierwszy rzut. Gość się nie krzywi, nie wzdycha, nie marudzi, że wrzątek do herbaty był za gorący. Trudno zresztą coś zepsuć robiąc earl greya. Sztućce. Obowiązkowo należy je przetrzeć serwetką na wypadek gdyby to w jakikolwiek sposób mogło zniwelować ilość bakterii które niemiłosiernie się na nich rozmnażają. Moment w którym Gość widzi Kelnera niosącego  j a  k i e k o l w i e k  dania zawsze wywołuje dreszczyk emocji. Oczekujący delikatnie, niby od niechcenia odsuwa oparty korpus od stołu, dłonie równiutko spoczywają na jego krawędziach. Nie, to nie dla ciebie, miły panie. Herbata zdążyła juz wystygnąć, sztućce lśnią, żołądek wydaje ostatnie ostrzeżenia przed samostrawieniem. Uradowany Gość spogląda na obłędnie wyglądające danie i starając się trzymać jakichkolwiek zasad savoir vivre zaczyna wkładać nieproporcjonalnie duże kawałki mięsa do ust. Wzrasta poziom serotniny, kelner staje się przyjacielskim łącznikiem pomiędzy niebem (kuchnią), a ziemią. Wzdychając przy pustym już talerzu Gość słyszy zza pleców: Czy smakowało Panu?
- Tak, bardzo mi smakowało, rewelacja!
- Mam dla Pana pewną wiadomość. Ale musi mi pan odpowiedzieć na pytanie.
- Słucham zatem?
- Co Pan jadł?
- Kaczkę.
- A z czym była ta kaczka?
- Z rewelacyjnym ciemnym sosem, z ziemniaczkami, z zieloną sałatą. Proszę Pani, nigdy nie jadłem lepszej kaczki.
- Czyli smakowało.
- Oczywiście! Polecę wszystkim moim znajomym!
- Proszę Pana, zaszła pomyłka. Z mojej winy wzięłam zły talerz z kuchni.  Zjadł Pan wołowinę. Czy ma Pan ochotę na kaczkę?
Był też osobnik, który zjadł rybę komentując jak to rewelacyjnie została przyrządzona gęś. Ale o tym innym razem.